czwartek, 10 sierpnia 2017

Laurence Yep, Joanne Ryder - Poradnik dla smoków. Co zrobić, by twój człowiek zmądrzał?

Autor: Laurence Yep, Joanne Ryder Tytuł: Poradnik dla smoków. Co zrobić, by twój smok zmądrzał?  Wydawnictwo: IUVI Liczba stron: 396
Autor: Laurence Yep, Joanne Ryder
Tytuł: Poradnik dla smoków. Co zrobić, by twój człowiek zmądrzał? 
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 396

Wydawać by się mogło, że po tym, jak Winnie i smoczyca panna Drake uratowały San Francisco przed ożywionymi rysunkami, nastanie wreszcie koniec niebezpiecznych przygód. Jednak jak się okazuje, to dopiero początek innych kłopotów. Winnie zaczyna uczęszczać do Akademii Spriggs - niezwykłej szkoły dla magicznych i niemagicznych dziewczynek. Poznaje tam nowe koleżanki, ale też i wrogą Nanette, która zrobiłaby wszystko, byleby tylko ją upokorzyć. W dodatku wygląda na to, że dziadek Winnie knuje plan porwania wnuczki... 

To już druga część historii o pannie Drake i jej pupilce, bo smoczyca tak właśnie określa swoją ludzką przyjaciółkę Winnie. Więź, jaka wytworzyła się pomiędzy tymi dwiema postaciami jest wyjątkowa. Obie ufają sobie nawzajem i wiedzą, że mogą na siebie liczyć. Panna Drake ponadto opowiada Winnie o rożnych niesamowitych doświadczeniach oraz zabiera ją na latanie na swoim grzbiecie, przy okazji odwiedzając zaczarowane miejsca. Kto nie chciałby mieć takiego smoka?

Winnie jest zafascynowana magią, którą odkrywa w nowej szkole. Sama jest jednak tylko człowiekiem i nie posiada żadnych nadzwyczajnych umiejętności, ale może właśnie to w jakiś sposób czyni ją wyjątkową? Zresztą, jak dziewczynka dowiaduje się od nauczycielki, każda ludzka istota ma w sobie odrobinę magii. Wystarczy tylko ją odkryć. 

O ile w pierwszy tomie świat czarów mieliśmy tylko z grubsza zarysowany, o tyle w tym bardziej w niego wkraczamy i poznajemy magiczne istoty. W Akademii Spriggs kształci się bardzo dużo wyjątkowych dzieci, na przykład krasnoludków czy też czarodziejek. Kadra nauczycielska zresztą też nie jest przeciętna, a jednym z nauczycieli jest tam nawet słynny Izaac Newton, który, jak się okazuje, wcale nie zmarł i ma się nadzwyczajnie dobrze. 

Opowieść napisano z dwóch perspektyw: Winnie i panny Drake. Fabuła specjalnie zaskakująca nie jest, ale na pewno dostarcza sporo zabawy, a w pewnym momencie odrobiny wzruszenia. Po raz kolejny główni bohaterowie udowadniają, że razem stanowią nieprześcigniony duet. Ponadto wątek magicznych nadaje opowieści niepowtarzalny klimat. 

Drugi tom Poradnika dla smoków okazał się nie gorszy od pierwszego i bardzo mi się spodobał. Ten cykl polecam przede wszystkim młodszym czytelnikom, którzy uwielbiają czytać o magicznych Myślę, że im ta historia najbardziej przypadnie do gustu. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu IUVI. 

niedziela, 30 lipca 2017

Julie Israel - Indeks szczęścia Juniper Lemon

Julie Israel - Indeks szczęścia Juniper Lemon
Autor: Julie Israel
Tytuł: Indeks szczęścia Juniper Lemon
Wydawnictwo: IUVI 
Liczba stron: 372

Równo sześćdziesiąt pięć dni minęło od wypadku samochodowego, w którym Juniper straciła starszą siostrę Camillę. Po tym tragicznym wydarzeniu jej rodzice nie mogą się pozbierać, tak jak zresztą ona sama. Teraz rozpoczyna się nowy rok szkolny i dziewczyna musi spróbować pogodzić się ze stratą Camilli. W torebce zmarłej siostry Juniper przypadkowo odkrywa list, w którym Cam zrywa z niejakim TY. Jest w szoku, ponieważ nie miała pojęcia o tym, że siostra miała chłopaka i w dodatku trzymała to w tajemnicy. Postanawia więc za wszelką cenę odkryć, kim jest tajemniczy TY i oddać mu list. 

Ale to nie koniec problemów. Juniper niespodziewanie gubi jedną karteczkę ze swojego prywatnego indeksu szczęścia. Fiszka jest bardzo ważna, gdyż zawiera sekret, o którym nikt nie może się dowiedzieć. Zdesperowana Juniper zrobi wszystko, żeby ją odzyskać - nawet, jeśli oznacza to dosłowne grzebanie w śmieciach. 

Julie Israel ukończyła studia na kierunku pisarstwo kreatywne. Nauczała języka angielskiego w Japonii, by po krótkim czasie wrócić do Stanów Zjednoczonych i zająć się pisarstwem. Uwielbia czytać i uczyć się nowych języków. Indeks szczęścia Juniper Lemon to jej debiutancka książka. 

Wszyscy bohaterowie tej opowieści są bardzo interesujący, a na temat każdego z nich można by napisać oddzielną powieść. Niektórzy mają naprawdę barwne osobowości i intrygują swoją osobą. Główna bohaterka również zalicza się do tego grona, aczkolwiek trochę bardziej skupiłam się na jej nowo poznanych przyjaciołach. Mamy tu na przykład Gąbkę - chłopaka, który ma ponadprzeciętne umiejętności i potrafi zapamiętywać nawet najmniejsze detale z przeszłości oraz zakochaną w nieżyjących artystach Angelę. 

Absolutnie uwielbiam relację, która zawiązała się pomiędzy Juniper a niejakim Bradem. Mogłabym stwierdzić, że Brad to taki trochę bad boy, ale nie właśnie nie do końca. Ma buntowniczy charakter, pali papierosy i często za karę zostaje po lekcjach, lecz kiedy Juniper bliżej go poznaje odkrywa, że w rzeczywistości jest nieco inny. I tutaj sprawdza się powiedzenie, by nie oceniać ludzi po pozorach i nie wyciągać negatywnych wniosków z niektórych zachowań, ponieważ ich motywy mogą okazać się zupełnie odmienne. 

Podoba mi się idea indeksu szczęścia, który jest nazwą wypisywanych codziennie fiszek. W skrócie polega na tym, że każdego dnia na osobnej karteczce wypisuje się po trzy wydarzenia, które nas spotkały z podziałem na pozytywne i negatywne. Indeks wymyśliła Camilla, a po jej śmierci Juniper dalej go kontynuowała. To właśnie jedną z tych kartek główna bohaterka gubi, co doprowadza do wielkich poszukiwań i ciągu powiązanych ze sobą wydarzeń. Szczerze mówiąc, postanowiłam, że sama zacznę tworzyć taki indeks, bo wydaje mi się to ciekawym pomysłem. 

Powieść jest napisana lekkim stylem i szybko się ją czyta, ale porusza też niewątpliwie ważne tematy. Historia Juniper to opowieść o stracie i sposobach radzenia sobie z nią, a także o tym, że dobrowolna pomoc nie zawsze jest odbierana z wdzięcznością. To także dowód na to, jak niespodziewane wydarzenia mogą zmienić nasze życie. 

Indeks szczęścia Juniper Lemon jest moim zdaniem pozycją wyróżniającą się spośród młodzieżowych książek o podobnej tematyce. Nietypowe postacie i absorbująca fabuła czynią ją dobrą lekturą. Dzięki wątkowi z tajemniczym TY w niektórych momentach trzyma również czytelników w napięciu. Jak najbardziej polecam. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu IUVI.

środa, 26 lipca 2017

Aż do kości (2017)

Znalezione obrazy dla zapytania до костей фильм
Tytuł: Aż do kości
Rok produkcji: 2017
Reżyseria: Marti Noxon
Gatunek: dramat 

Ellen jest dwudziestoletnią anorektyczką. Pomimo tego, że była już w kilku klinikach, żadne leczenie nie przyniosło skutku i dziewczyna ciągle się odchudza. Zmienić ma to kolejna, tym razem niekonwencjonalna terapia, na którą Ellen z niechęcią się zgadza i po raz kolejny rozpoczyna walkę ze swoją chorobą. Czy tym razem uda jej się wygrać?

Tym filmem zainteresowałam się przede wszystkim dlatego, że główną rolę gra w nim Lily Collins, jedna z aktorek, które bardzo lubię oglądać na ekranie. Oprócz tego zaciekawił mnie fakt, iż produkcja podejmuje temat anoreksji, więc chciałam zobaczyć, w jaki sposób zostanie przedstawiona ta straszna i niewątpliwe trudna do pokonania choroba. Po zwiastunie obraz zapowiadał się bardzo obiecująco. Czy film ostatecznie sprostał moim wymaganiom?

(źródło)

Jeśli chodzi o aktorów, moim zdaniem wszyscy dobrze odegrali swoje role. Podziwiam Lily Collins za to, że zdecydowała się zagrać Ellen i niezdrowo schudnąć do tej roli, do jej gry aktorskiej zresztą nie mam zarzutów. Spodobała mi się postać Luke'a, jednego z pacjentów ośrodka terapeutycznego, którego gra Alex Sharp. Oprócz tego na ekranie możemy zobaczyć m.in. Keanu Reevera jako lekarza Ellen oraz Lianę Liberato, którą część widzów może kojarzyć z roli w Zostań, jeśli kochasz.

Niestety, już od pierwszych kilkunastu minut film wydał mi lekko nużący i tak już pozostało do końca. Nie zrozumcie nie źle, uważam, że to mimo wszystko do końca nie jest nudna produkcja, aczkolwiek chyba liczyłam na więcej akcji. Dobrze, wiem, że to dramat, ale wszystkie wydarzenia nie do końca mnie absorbowały i momentami faktycznie troszeczkę nudziły.

Wydaje mi się, że największy problem tego filmu jest taki, iż jego twórcy przedstawili anoreksję w łagodny sposób. Kilka scen faktycznie chyba miało wstrząsnąć widzami, ale ja jakoś tego za bardzo nie odczułam. Brakuje tutaj takich bardzo mocnych zdarzeń, które mogłyby wywołać u odbiorców refleksję; brakuje wyraźnego przekazu dla młodych dziewczyn i ostrzeżenia przed zaburzeniami odżywiania. Anoreksja została potraktowana zdecydowanie za lekko.


Kiedy zobaczyłam napisy końcowe, nie chciało mi się wierzyć, że to już koniec, bo kilka ważnych dla fabuły wątków się nie wyjaśniło. No i też trochę zachciało mi się śmiać, bo po co w ogóle były one rozpoczynane, żeby ich potem jakoś racjonalnie nie wyjaśnić? Zabrakło, naprawdę zabrakło mi kilku ważnych scen. Gdzieś natrafiłam na informację, że będzie druga część - wtedy to niedokończenie wątków miałoby sens - ale myślę, że to raczej niemożliwe.

Aż do kości mnie zawiódł. Przykro, bo spodziewałam się, że obejrzę bardzo dobrze zrealizowany obraz o anoreksji, a dostałam coś przeciętnego. Z całej fabuły duże wrażenie wywarła na mnie tylko jedna scena. Pamiętajcie, że zwiastuny nie zawsze odzwierciedlają, czy film będzie dobry czy zły i nie oczekujcie czegoś interesującego tylko po wycinkach najlepszych scen z filmu.

niedziela, 23 lipca 2017

[Czytam co polskie] Monika Jagodzińska - Cykl

Monika Jagodzińska - Cykl
Autor: Monika Jagodzińska
Tytuł: Cykl
Wydawnictwo: Psychoskok
Liczba stron: 126

Początek nowego roku to moment, w którym na świat przybywają nowe anioły. Mają one za zadanie pomagać cierpiącym ludziom, którzy stracili już nadzieję. Na pewno nie będzie to łatwa misja, ale jeśli się powiedzie, anioły czeka nagroda - staną się pełnoprawnymi Stróżami i odtąd każdy z nich obejmie opiekę nad tylko jedną osobą. Czy uda im się wszystkim wypełnić obowiązki? 

Cykl to debiut młodej polskiej autorki Moniki Jagodzińskiej. Książka została podzielona na dwanaście opowiadań, których akcja rozgrywa się po kolei w każdym miesiącu roku. Każde opowiadanie ma innego narratora - czasem jest to anioł płci męskiej, a innym razem żeńskiej - i traktuje o próbie ratowania nieszczęśliwych ludzi. 

To, co chyba najbardziej irytowało mnie w tej powieści i zarazem utrudniało czytanie to styl autorki, a konkretniej cała masa krótkich zdań i równoważników. Rozumiem, że od czasu do czasu można ich użyć (chociażby do podkreślenia niektórych cech), ale bez przesady, żeby pojawiały się praktycznie non stop? Bardzo źle się takie coś czyta. Przez ten aspekt mój początkowy entuzjazm co do tej opowieści zdecydowanie zgasł. 

Autorka zrezygnowała z profesjonalnej korekty wydawnictwa, co niestety bardzo widać w treści. Błędy rzucają się w oczy i nie brakuje zwykłych literówek, które przecież można by poprawić po uważnym przejrzeniu tekstu. Niektóre dialogi są także niepoprawnie zapisane.

Historie zawarte w opowiadaniach raczej nie zaskakują swoją oryginalnością, aczkolwiek w jakimś stopniu ciekawią. Muszę zgodzić się z tym, iż wszystkie z nich niosą nadzieję i pokazują, że nawet z najtrudniejszych sytuacji życiowych można znaleźć jakieś wyjście. Sama koncepcja aniołów, którzy jeszcze nie są prawdziwymi Stróżami i pomagają dodawać ludziom otuchy jest interesująca.

Podsumowując, niezły pomysł na fabułę był, ale został wyparty przez fatalne wykonanie. Szkoda, bo liczyłam na udaną lekturę. Zawiodłam się, ale cóż, to też się zdarza. Autorce radzę, by mimo wszystko się nie poddawała i doskonaliła swój warsztat pisarski, ponieważ jak powszechnie wiadomo, ćwiczenie czyni mistrza.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce.

Książka bierze również w akcji Czytam co polskie organizowanej przez Heavy Books oraz Zamkniętą w pozytywce

środa, 19 lipca 2017

Odwieczny dylemat: najpierw książka czy film?

najpierw książka czy film?
(grafika mojego autorstwa)

Nie wiem jak wy, ale ja zawsze miałam problem z ekranizacjami. Moja trudność zaczynała się wtedy, kiedy chciałam obejrzeć jakiś film, a nie przeczytałam jeszcze książki na jego podstawie. W większości takich sytuacji musiałam najpierw znaleźć czas na przeczytanie powieści i dopiero po tej czynności zapoznać się z filmem. Cóż, nie ukrywam, że takie dość radykalne postępowanie sprawiło, że w tej chwili wciąż nie obejrzałam wielu ekranizacji, których chciałam, bo nie przeczytałam książki.

Zdarzały się jednak wyjątki. Na przykład, filmy o Harrym Potterze miałam już za sobą, gdy sięgałam po pierwszą część tej serii (swoją drogą, pewnie jestem jedną z nielicznych osób, które w dzieciństwie nie znały przygód słynnego czarodzieja). Mimo wszystko, starałam się trzymać swojej zasady. Pamiętam, że kiedyś zrezygnowałam z seansu filmu (tytułu w tej chwili nie mogę sobie przypomnieć) w telewizji, bo nie przeczytałam książki. 

Na szczęście obecnie moja postawa nieco się zmieniła. Dalej wolę najpierw przeczytać książkę, a potem obejrzeć jej ekranizację, aczkolwiek nie przykładam do tego aż takiej wielkiej wagi jak kiedyś. Oglądając film, wciąż lubię zwracać uwagę na to, co w nim zmieniono w porównaniu do wersji pisanej. Zresztą, bardzo dużo produkcji powstało na podstawie książkowych pierwowzorów, więc czasami można nawet nie mieć pojęcia, że oglądany przez nas film jest na podstawie książki. 

Oczywiście, są też ludzie, którym ten dylemat jest obojętny. Szczerze im zazdroszczę, ponieważ nie mają tyle wątpliwości co ja.

Zapytałam również kilka blogerek o to, co sądzą na ten temat. Zapraszam do lektury ich wypowiedzi:

Gdy mam do wyboru książkę bądź ekranizację zdecydowanie najpierw sięgam po książkę. Głównie z tego względu, że czytając tworzymy swój własny świat, wyobrażamy sobie postaci w dany sposób, nie mamy wszystkiego podanego na tacy. Ponadto szklany ekran nie jest w stanie oddać wszystkich emocji, które przeżywamy przerzucając kolejne kartki danej pozycji. Dlatego też same ekranizacje, które zazwyczaj są gorsze od książek, zostawiam na koniec. (Ver.readsver-reads.blogspot.com)

Zdecydowanie wolę najpierw czytać książkę, a potem oglądać film. W tej kolejności nie przeszkadza mi, że znam już historię. Kiedy jest odwrotnie - już tak. Kiedy czytam książkę i poznaję po raz pierwszy jakąś historię, tworzę sobie w głowie wizję, wyobrażam sobie świat, bohaterów. Kiedy oglądam film, jestem zmuszona oglądać czyjąś wizję. I jeśli czytałam wcześniej książkę, mogę się z nią zgodzić, albo nie, ale nie przeszkadza to w oglądaniu. Najwyżej obejrzę gniota ;) Kiedy jednak obejrzę najpierw film, nie czuję potrzeby czytania książki - przecież znam już tę historię. Nie wiem, dlaczego tak to działa. A najczęściej działa przy książkach obyczajowych. Jest taki film "Projektantka" - genialny! I jest też książka. Najpierw obejrzałam, a książki nie byłam w stanie przeczytać ;) (Diana Chmielbardziejlubieksiazki.pl)

Jeśli chodzi o moją osobę, to zazwyczaj w pierwszej kolejności są książki. Zdarzają się też takie sytuacje, iż nie wiem, że dany film oparty jest na powieści, wtedy przeważnie książki już nie czytam. Dlaczego tak jest? Prawdę mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Ale chyba dlatego, że czytając miałabym narzucone jak dany bohater wygląda czy jak przebiegały różne sytuacje lub też trudno byłoby mi "wpiąć" zdarzenie którego nie było w filmie. I tutaj zbliżam się do odpowiedzi na pytanie dlaczego najpierw książka, a potem film. Gdy czytam książkę i dajmy na to, będą w niej smoki, trolle itd., to ja sama mogę stworzyć tą postać przy mocy opisu np. jej wyglądu, moja wyobraźnia wtedy nie ma granic. Nie widujemy codziennie na ulicy smoków, dlatego to niezłe ćwiczenie dla naszego umysłu, aby sobie wyobrazić te stworzenia. Czytając opis takiego zwierzęcia, zwracamy uwagę na każdy szczególik, który jest podany, tak samo wyobrażając sobie człowieka, dzięki temu ćwiczymy swoją koncentrację.  Oglądając film, mamy wszystko podane na tacy. Ale ja na przykład lubię sobie po lekturze obejrzeć film, może wiem co się stanie w danym momencie, ale ciekawie jest  sobie porównać moje wyobrażenia i to co stworzył mój mózg z tym co pojawiło się na ekranach kin. Nieraz można się bardzo zaskoczyć, ale to jest w tym fajne. Ale życie opiera się na wyborach i to jest jeden z nich. Każdy wybiera to co lubi. Jedni książki, drudzy filmy, ja jestem w tej pierwszej grupie. (za_book_owanawww.instagram.com/za_book_owana)

Większość książkoholików uważa, że najpierw zdecydowanie powinno sięgnąć się po książkę, a dopiero później zapoznać się z jej ekranizacją – innego wyjścia nie ma. Ja natomiast jestem zdanie, że to wszystko zależy od historii zawartej w danej produkcji. Oczywiście staram się zaczynać od tego, co było pierwsze, czyli książki, w końcu nie od dziś wiadomo, że książka przeważnie jest lepsza niż film, jednakże bardzo często zdarza mi się też tak, że gdy zapoznam się i z opisem powieści i jej ekranizacji. dochodzę do wniosku, że książka nie przekonuje mnie tak do końca i bezpieczniej będzie najpierw zapoznać się z jej ekranizacją. Już wiele razu zaoszczędziło mi to czasu, gdyż nie poświęcałam go na jakąś historię, która koniec końców w ogóle mi się nie spodobała. Czasem też to właśnie film zachęcił mnie do zapoznania z książką, chociaż prędzej nie miałam na nią najmniejszej ochoty. Jak więc mówiłam w moim przypadku to wszystko zależy od historii i choć kocham czytać książki bardziej niż oglądać filmy, to jednak tutaj moje zdanie jest całkowicie odmienne od tego popularnego przekonania. (Katherine Parkerabout-katherine.blogspot.com)

Najpierw sięgam po książkę, później dopiero może sięgam po ekranizację. Dlaczego tak? Bo zazwyczaj pierwotna wersja (czyli książka, o ile nie jest napisana na podstawie filmu) jest lepsza od ekranizacji. Nie chcę sobie zepsuć lektury oglądając film i dowiadując się, jakie będzie zakończenie przed przeczytaniem książki. O wiele większą frajdę sprawi mi dowiedzenie się tego dzięki książce. (zielone.recenzjezielonerecenzje.blogspot.com)

A wy czytacie najpierw książkę czy może najpierw oglądacie ekranizację? A może nie ma to dla was znaczenia? 

czwartek, 13 lipca 2017

Żurnalista - Miłość, po prostu

Tytuł: Miłość, po prostu
Autor: Żurnalista 
Wydawca: Żurnalista
Liczba stron: 229

O tym tomiku poezji słyszała chyba połowa polskiego bookstagrama, jeśli nie więcej. Wszyscy zachwycają się twórczością tajemniczego Żurnalisty i piszą, że jego wiersze wywarły na nich ogromne wrażenie. Ja raczej rzadko czytam poezję (chociaż ostatnio trochę się to zmienia), lecz kiedy otrzymałam propozycję zrecenzowania tej głośnej pozycji postanowiłam, że się zgodzę i przekonam się, czy autor trafi w mój gust. Czy zatem Miłość, po prostu jest moim zdaniem tak dobra, jak sądzą inni? 

O autorze wiemy niewiele. Używa pseudonimu Żurnalista i opisuje siebie jako osobę, która chce kochać i być kochanym. Jego wiersze nie powstałyby, gdyby nie pewna brunetka. Ich związek się zakończył, ale on wciąż kocha, tęskni i cierpi. Swoje uczucia przelał na papier i tak oto powstała ta książka - z miłości, która niestety nie zakończyła się szczęśliwie. 

Wiersze są w większości bardzo krótkie i przesłanie jest dość oczywiste, ale myślę, że to właśnie w prostocie tkwi ich urok. Co jakiś czas możemy natrafić na dłuższe teksty, aczkolwiek również opisane w iście poetycki sposób. Podobają mi się wszystkie, choć niektóre bardziej, a inne mniej. Widać, że Żurnalista napisał je prosto z głębi serca. 

Na podstawie wierszy można wywnioskować, że autor to mężczyzna jednocześnie silny, ale równocześnie wrażliwy, bo tylko ktoś taki mógłby napisać takie utwory. Podczas czytania nie sposób nie współczuć mu straty, a ze stron aż bije nostalgia i cierpienie. W prostych słowach zostały tutaj ujęte niezwykłe uczucia. 

Jestem pewna, że Miłość, po prostu to liryka, która zafascynuje dużą część kobiet. Wiersze te są wprost stworzone dla romantyczek. Mnie osobiście tak bardzo nie zachwyciły, ale muszę przyznać, że przypadły mi do gustu. Myślę, że każdy odbiera inaczej poezję, a niektórzy patrzą na nią też przez pryzmat własnych doświadczeń, dlatego też zdania mogą być podzielone (zresztą, czy w innych przypadkach też tak nie jest?). Zachęcam do sięgnięcia, jeśli chcecie się przekonać, jak będzie w waszym przypadku. 

Książkę możecie zamówić na www.żurnalista.pl

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi. 

wtorek, 11 lipca 2017

Tosca Lee - Pierworodna

Tosca Lee - Pierworodna
Autor: Tosca Lee
Tytuł: Pierworodna
Wydawnictwo: IUVI 
Liczba stron: 383

Audra wreszcie odkrywa, z jakiego powodu poddała się zabiegowi pamięci. Wie też już, kogo tak naprawdę ma chronić. Teraz ma jeden cel: znaleźć Historyka i być może spróbować zakończyć trwającą od wieków wojnę pomiędzy Potomkami a Dziedzicami. Z pomocą Luki oraz swoich najbliższych przyjaciół szuka sposobu na pokonanie wrogów. Dziewczyna również odkrywa, jak potężną, ale niebezpieczną w skutkach ma moc. Czas ucieka, a ona musi wyjść z sytuacji, w której się znalazła i zapewnić lepszą przyszłość Potomkom. 

Pierworodna jest ostatnią częścią dwutomowego cyklu Piętno Krwawej Hrabiny autorstwa Toscy Lee. Potomkowie, czyli pierwszy tom z serii mnie zaciekawił, aczkolwiek do końca nie spełnił moich oczekiwań. Jak było tym razem? 

Gdzieś tak do połowy książki fabuła nie za bardzo mnie pochłaniała. To dość dziwne, bo praktycznie od początku coś się dzieje, akcja ciągle pędzi i nie ustaje aż do samego końca. Pomimo tego jednak czytanie mi się trochę dłużyło. Natomiast w drugiej połowie nagle wszystkie wydarzenia zaczęły mnie bardzo interesować, a z bohaterami przeżywałam wszystkie emocje. Myślę, że po prostu dużo faktów mnie przytłoczyło i musiałam się do tego przyzwyczaić. Ale całościowo uważam, że wszystkie wątki w powieści są interesujące. 

Podoba mi się relacja pomiędzy Audrą a Luką. W recenzji pierwszej części na nią narzekałam, aczkolwiek tutaj została ładnie przedstawiona. Oboje troszczą się o siebie nawzajem i byliby gotowi oddać życie za drugiego. Chociaż nie pamiętała, że go kochała, Audra zakochała się w Luce na nowo. Jej uczucia do niego jeszcze bardziej umacnia pewien sekret, o którym dziewczyna się dowiaduje. 

W Pierworodnej nie brakuje niesamowitych pościgów niczym z prawdziwych filmów akcji. Bohaterka jest zmuszona do ciągłej ucieczki przed Dziedzicami, którzy tylko czekają na to, aż ona popełni błąd i dostanie się w ich ręce. To wszystko nie udałoby się, gdyby nie nadzwyczajne zdolności Audry do przekonywania ludzi. Skłonni do pomocy przyjaciele bohaterki także muszą nieustannie zmieniać miejsce pobytu, by nie zostać złapanym. 

Nie byłoby tej opowieści, gdyby nie legendy krążące o Elżbiecie Batory, którą nazywa się także Krwawą Hrabiną. Ponoć wielokrotnie torturowała ona i zabijała swoje służące oraz kąpała się we krwi dziewic wierząc, że pomoże to zachować jej wieczną młodość. Krąży o niej wiele pogłosek, ale nikt do końca nie wie, czy są prawdziwe. Ostatecznie przeciwko hrabinie wytoczono proces sądowy i została zamurowana żywcem w zamku w Čachticach, gdzie zmarła. Jej historia zainspirowała Toscę Lee do napisania tejże powieści. Potomkowie tacy jak Audra są właśnie z linii rodu Elżbiety Batory. 

Nie jestem jednak usatysfakcjonowana zakończeniem. Uważam, że rozegrało się za szybko. Ponadto autorka zostawiła kilka wątków niewyjaśnionych, co mnie akurat irytuje, bo chciałabym dowiedzieć się, co dalej się wydarzyło. Miało wyjść spektakularnie, wyszło... zwyczajnie. Jeden aspekt mnie zaskoczył, ale ostatecznie został potraktowany zupełnie po macoszemu. Rozstrzygnięciem tej historii jestem chyba najbardziej zawiedziona. Brakowało mi w nim wyjaśnień i przede wszystkim spójności oraz logiki. Niektórzy może powiedzą: ale hej, przecież to miało być częściowo otwarte zakończenie! Przykro mi, ale dla mnie i tak jest słabe. 

Potomkowie i Pierworodna to książki z ciekawą fabułą i równie interesującymi postaciami. Osoby, które lubią czytać pozycje fantastyczne i zarazem przygodowe na pewno znajdą w nich coś dla siebie. Największą wadą jest jednak sam koniec, gdyż dla mnie wydaje się trochę za bardzo absurdalny, no ale cóż. Nie jest tak tragicznie, ale dobrze też nie. W każdym razie, jeśli nie zraża Was to nieszczęsne zakończenie, polecam oba tomy, bo pomimo tych wad to nieźle skonstruowana powieść młodzieżowa. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu IUVI.